O tworzeniu na mroźno

Nie ma przypadków, są tylko znaki. Kilkanaście dni temu, podczas zakupów w „owadzim dyskoncie” kątem oka zauważyłem wizerunek Remigiusza Mroza uwieczniony na okładce książki pt. „O pisaniu na chłodno”. Gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały wiedziałem, że bez tej książki ze sklepu nie wyjdę. Szczęście mi tego dnia sprzyjało, gdyż dzięki jakiejś wyprzedaży za niecałe dziesięć złotych stałem się posiadaczem tego poradnika dla początkujących pisarzy. Z jakiegoś powodu przerwałem nawet lekturę książek Żuławskiego („Był sad”) oraz Duchovnego („Truly Like Lightening: A Novel”) i poświęciłem całą swoją uwagę Mrozowi. Wkrótce miałem przekonać się, że ks. Bozowski, którego słowa wspomniałem na początku tego wpisu, miał rację. Znów. Ale po kolei.

Nie przeleżałem ostatniej dekady „pod kamieniem” i zdaję sobie sprawę kim jest Remigiusz Mróz. Mam nawet jedną jego książkę, tj. „Czarną madonnę”, której niestety nie zdołałem przeczytać do końca. Nie chcę się tu bawić w krytyka warsztatu literackiego autora „Parabellum”. Zajmowali się tym już liczni bystrzacy (np. Jakub Ćwiek). Seriali na podstawie jego prozy też nie oglądałem. Mam, dość powiedzieć, ostrożne podejście do współczesnej kinematografii i produkcji tv. O tym też nie będę tutaj pisał. Nie zamierzam też pastwić się nad samą metodą pracy Remigiusza Mroza. Złośliwi zarzucają mu, że zajumał ją swojemu mentorowi, poczciwemu dziadkowi z Bangor w stanie Maine. Czytałem „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga i pewnie mógłbym tu wskazać kilka paralel, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie, ale już ktoś to zrobił przede mną. Zamiast tego chcę się skupić na czymś kompletnie innym, a mianowicie na samym podejściu do tworzenia (tu pisania), tej całej „filozofii tworzenia”, z którą (spoiler alert!) tak bardzo się nie zgadzam.

Trzysta stron to sporo, nawet biorąc pod uwagę w jaki sposób ta ilość stron jest „nabijana” przez wydawcę, żeby stworzyć rzetelny podręcznik dla początkujących adeptów sztuki pisarskiej. Mnóstwo twórców przed Mrozem wzięło się za bary z tematem, np. „babcia Ursula”, Vonnegut, Koontz, Zinsser czy wspomniany wcześniej Stephen King. Wielu z nich podchodzi do procesu tworzenia jak do ciężkiej pracy, etatu, który wymaga sztywnych ram czasowych i specjalnego miejsca do pracy (np. słynna szopa George’a Bernarda Shawa czy „mega-biurko” Stephena Kinga). To jeszcze potrafię zrozumieć, sam od lat staram się stworzyć sobie odpowiednie miejsce do „pracy twórczej”. Z doświadczenia jednak wiem, że jak np. Hania Rani, tworzyć można w pokoju hotelowym na łóżku i nie potrzebne jest do tego studio na poziomie Abbey Road. Potrzebne jest jednak coś innego. Wena.

U Mroza, który wielbi metodę Kinga, liczy się rzemieślnicze podejście. Natchnienie, o zgrozo, nie pełni w jego twórczości istotnej roli, gdyż tak naprawdę proces twórczy jest sprowadzony wyłącznie do pisania i ciężkiej pracy nad tym literackim słowotokiem. Oczywiście trudno przecenić dobrą redakcję tekstu (czy też produkcję muzyczną) ale bez dobrego pomysłu i dobrego pisania książka staje się tylko zlepkiem słów zadrukowanych na papierze. Muzyka jest tylko dźwiękami, które jednym uchem wchodzą a drugim wychodzą. W pełni podzielam zdanie Davida Lyncha, że pomysły są kluczowe do stworzenia czegokolwiek. Że powinniśmy pielęgnować je, dać się im ponieść i też być na nie otwartymi. Trudno być jednak otwartym na prawdziwe natchnienie, gdy terminy i wydawcy gonią, marketing ogłasza bestseller jeszcze przed premierą, ludzie czekają na pre-ordery a TVN robi castingi do ekranizacji. Dla mnie to pachnie stachanowszczyzną i niestety nie jest to zapach należący do przyjemnych.

Może nie zrozumiałem idei „O pisaniu na chłodno”, wszak popełnił go najpopularniejszy obecnie polski pisarz. Może inaczej tworzy się z myślą o sukcesie? O zdobyciu szczytu i utrzymaniu się na nim? W tekście Mroza znajdziecie porady typu „orientowania się w rynku”. Sugerowałoby to pewnego rodzaju nieautentyczność i koniunkturalizm. Bo marynarz musiałby pisać kryminały, dramy sądowe czy co tam teraz się obecnie sprzedaje najlepiej. Dzięki Bogu Joseph Conrad tego nie dożył i napisał „Jądro ciemności” nie oglądając się na listy bestsellerów. Trudno posądzić Tolkiena, że przygody Hobbitów pisał pod zamówienie i „po wnikliwej analizie rynku”. Tworzył przecież rzeczy, które miały źródło w jego spojrzeniu na świat, jego wykształceniu i filozofii, której był wierny. Niestety w obecnych czasach autor „Władcy pierścieni” musiałby zmierzyć się z ciśnieniem wydawców na replikowanie swojego sukcesu.

Żyjemy w czasach terroru „wiecznych wzrostów”. Musimy się nieustannie rozwijać (coaching głupcze!), powiększać stan majątkowy harując od świtu do nocy, płacić wyższe podatki, regularnie wymieniać samochody i elektronikę użytkową. Pytanie: ile jednak smartfonów to „dość”? Dwa? Trzy? A książki? Ile „modnych” tytułów trzeba przeczytać, żeby nie zachorować na FOMO? Ile seriali obejrzeć, żeby mieć o czym rozmawiać z Krysią z HR? To wszystko brzmi jak sen pijanego. Moim zdaniem to jest kompletne wywrócenie do góry nogami naturalnego porządku. I wariackim wręcz przyspieszeniem, które odbiera nam w życiu jakąkolwiek radość i prawdziwe szczęście zastępując je dopaminowymi strzałami. Właśnie, a propos strzałów. Remigiusz Mróz sporo pisze o „złotych strzałach”, które ja rozumiem jako metaforę pisania w opętańczym tempie do „całkowitego wypisania się”. Wpisuje się to w tą całą „pseudo-korpokulturę” dzisiejszych czasów, która z procesem twórczym nie ma zbyt wiele wspólnego.

Tworzenie, które jakkolwiek może być uzależniające, nie może być bezrefleksyjne. Musi wynikać z głębokiego przekonania i potrzeby do uzewnętrznienia się. Musi wynikać z pasji, z pewnego „podskórnego swędzenia”, potrzeby mentalnego ekshibicjonizmu czy wreszcie po prostu z natchnienia. Kiedy jednak znaleźć czas na refleksję, zatrzymać się i rozejrzeć dookoła siebie, jeśli nieustannie trzeba pisać? Kiedy przeżyć miłość, zdradę czy dać komuś po ryju (lub dostać samemu)? Kiedy się upić? Kiedy się przewrócić? Kiedy się podnieść? Nie ma na to czasu. Jest tylko drenujący wewnętrznie proces oparty o… proces sam w sobie. Samoreplikujące się (s)tworzenie. Wyścig z AI, którego nie w sposób wygrać. Którego nie powinniśmy w ogóle zaczynać. Zresztą, w muzyce jest to samo. Daniel Ek mówi mi, za sprawą postów z platformy Spotify, że trzeba tworzyć nową muzykę i wrzucać na platformę. Tymczasem „muzyka” wytwórni Kutas Records zalewa platformę i dominuje jej listy przebojów. AI slop i brainrot zgarniają całą stawkę. Koszmar prosto z Orwella…

Ktoś mógłby uznać, że tego typu twórca jest nie tylko wyrobnikiem, ale i niewolnikiem. Procesu, wydawcy, marketingu, czy wreszcie swoich fanów. Biorąc pod uwagę fakt, że sam proces twórczy jest na swój sposób „bolesny”, taki twórca musiałby być prawdziwym masochistą, żeby stawać w szranki z tym wszystkim i jeszcze opowiadać o tym tak „wdzięcznie” jak robi to Remigiusz Mróz. Moim zdaniem tego typu twórca, mając taką pozycję jaką ma, zamiast Neo, staje się kolejną „bateryjką Matrixa”. Albo kolejnym „agentem systemu”, który zamiast zachęcać ludzi do rozwijania swojej pasji poprzez odwiedziny w lokalnych księgarniach, peroruje o swoich pielgrzymkach do empiku (korpo-alert!) w celu nabycia kolejnych kilogramów beletrystyki. Tak jakby czytanie klasyki, literatury pięknej, rzeczy trudnych i wybitnych było tabu w świecie pisarzy bestsellerów. Ja nigdy nie szukałbym inspiracji, metaforycznie mówiąc, patrząc na „enerdowskie bloki”. Raczej „rozsiadłbym się” przed kaplicą Sykstyńską i próbował z tej doskonałości uszczknąć coś dla siebie. Może to porównanie jest nieco „krzywe” ale chyba rozumiecie o co mi chodzi, prawda?

Kończąc te moje narzekania, chcę powiedzieć tylko tyle, że Remigiusz Mróz mógł napisać cokolwiek o swoim procesie twórczym. Mógł nie tłumaczyć, że jego stylówka jest efektem pracy jego fryzjerki przed promocją książki. Jak pisze ponoć wygląda jak jaskiniowiec (sic!). Mógł nie odpierać zarzutów o ghostwriterów, którzy w jakiś sposób tłumaczyliby szaleńcze tempo powstawania jego powieści. Wreszcie mógł wymyślić swoją biografię by choć ona była naprawdę / nieprawdziwie (niepotrzebne skreślić) ciekawa. Zamiast tego, z powodów, których nie pojmuję, starał się za wszelką cenę przedstawić siebie jako… normalnego i sympatycznego gościa, który jest uzależniony od pisania książek (czyt. bestsellerów) oraz bycia na topie. Cóż, może taki jest w rzeczywistości, ale nie czyni to jego pisarstwa w żaden sposób bardziej interesującym. Niezależnie od aktualnych rankingów sprzedaży empiku.

Fot. Stopklatka z „Lśnienia” S. Kubricka.

Tytuł: O pisaniu na chłodno
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 304
Format: 14.8 x 21.7 cm
Sklep: https://czwartastrona.pl/produkt/o-pisaniu-na-chlodno/

This entry was posted in Blog and tagged , , , , , , , , , . Bookmark the permalink.