
Stracona szansa by zorganizować huczne obchody 100-lecia odzyskania niepodległości (a przy okazji świetną promocję naszego kraju za granicą) sprzed 7 lat niczego nie nauczyła polską „klasę polityczną”. Kolejny rząd przespał szanse na zorganizowanie wydarzenia, które mogłoby, choć na chwilę, posklejać naszą popękana wspólnotę narodową, podnieść morale i zaprezentować światu Polskę w pozytywnym świetle. Mowa oczywiście o tysiącleciu koronacji Bolesława Chrobrego na króla Polski. Dwie wiodące partie organizują jakieś swoje partyjne wydarzenia, przy czym PiS nieco bardziej akcentuje w nich rocznicowy charakter dorzucając jeszcze Hołd Pruski w bonusie. KO/PO robi marsz poparcia swojego kandydata na prezydenta zakładając, że będzie walczył w drugiej turze wyborów prezydenckich. I tak tabloidowa polityka, partyjne podziały i nieumiejętność współpracy osłabia naszą pozycję w Europie i na świecie. Bo skoro takie wydarzenia jak narodziny królestwa polskiego nie potrafią łączyć Polaków i pokazywać, że mamy się czym pochwalić (np. ponad tysiącem lat państwowości?) to jakie są w stanie to uczynić? Komuniści i kościół rywalizowali ze sobą w 1966 roku robiąc podwójne obchody chrztu Polski / narodzin Polski. Mimo, że obie strony świętowały w duchu rywalizacji i oparach propagandy to jednak tamte obchody nie uchodzą przecież za klęskę. Szansa, żeby zrobić tego typu „millenijne” święto bez zbędnych podziałów zostały w tym roku popisowo (słowo klucz) zaprzepaszczone.
Cztery lata temu, gdy jeszcze chodzenie do lasów bywało aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa, Egipt dał światu niesamowite widowisko w postaci Złotej Parady Faraonów. Była to de facto zwykła operacja logistyczna polegająca na przetransportowaniu mumii z Muzeum Egipskiego do nowo wybudowanego Narodowego Muzeum Cywilizacji Egipskiej. Coś co można było załatwić szybko i sprawnie zorganizowano z wielką pompą transmitowaną na cały świat. Egipt nadał temu iście królewską oprawę i zwrócił oczy całego świata na siebie. Prezydent As-Sisi, biegunowo odległy od nieśmiertelnych faraonów, przedstawił się jako kontynuator ich tradycji i pokazał, że Egipt to państwo z bogatą kulturą, które mimo społeczeństwa składającego się w 90% z muzułmanów, potrafi z dumą odwoływać się do swojej tradycji.
A my? Jakiś czas temu chwaliliśmy się, że uczyliśmy Francuzów jeść widelcem (sic!). Absurdalna wypowiedź wiceszefa MON z 2016 roku pokazuje jednak, że podskórnie mamy potrzebę pokazania, że w czymś jesteśmy lepsi od mitycznego Zachodu. W tym roku moglibyśmy zamanifestować, że mimo przeciwności losu i tak naprawdę trudnych relacji z sąsiadami (eufemistycznie rzecz ujmując) mamy za sobą 1000 lat państwowości i stworzyliśmy unikalną na skalę światową wspólnotę narodową. Mamy swój język i swoje obyczaje a jednak kajamy się przed innymi i samymi sobą niczym ksiądz Robak, choć chyba bardziej bliżej nam do Soplicy. Zamiast tego oddychamy z ulgą przed telewizorem, gdy przy okazji kataklizmu spiker wypowiada sakramentalne „wśród ofiar nie było Polaków”, szukamy polskich odpowiedników dla amerykańskich aktorów, piosenkarzy i celebrytów. Nie doceniamy spokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu (a jakże!) jaki obecnie mamy. Wciąż naśladujemy zamiast przekonywać innych, że powinniśmy być naśladowani. Bo naprawdę nie mamy się czego wstydzić.
No właśnie. Czy pokraczny termin „pedagogika wstydu”, spopularyzowany w tzw. prawicowych mediach jest dostatecznie dobry by opisać bazę modelu myślowego naszych możnowładców, ale także dziennikarzy, ludzi kultury, celebrytów czy po prostu „gadających głów” z Internetu? Z przerażeniem obserwuję pielęgnowanie u nas tej wstydliwą postawę, nieustannej pokuty za dawne przewiny a teraz również, o zgrozo, za „grzechy urojone”. Bo już nie tylko przyznajemy się, o zgrozo, do holokaustu (!), teraz dodatkowo bierzemy na siebie winę za kolonializm. Kuriozalna wystawa pt. „Wybielanie” w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie, której celem jest przedstawianie dowodów na kolonialne ambicje Polaków w czasach gdy Polski na mapie nie było słusznie wywołuje oburzenie. Tego typu „działalność naukowa” doskonale upośledza prawdę historyczną naginając ją do potrzeb kalekich pseudointelektualnych narracji. Obraża np. pamięć Polaków, którzy walczyli o niepodległość Haiti. Ciekawy epizod z historii naszego kraju, który wciąż pozostaje ciekawostką o której usłyszycie przy okazji pytania w jakimś teleturnieju. Nasi zachodni sąsiedzi na ten przykład, dawno temu już przerobili „Schuldung”. No bo ile można przepraszać za winy najpierw ojców, potem dziadów, a teraz już chyba pradziadów, prawda? Dość! Lepiej zainwestować w dobrych menedżerów PR i najpierw „zmiękczać” fakty a potem w ogóle je wyprzeć a winę przypisać komuś innemu. Plan prosty i skuteczny skoro nasza Pani Minister od Edukacji bez zająknięcia „przejęzycza się” i plecie bzdury w Auschwitz-Birkenau przypisując odpowiedzialność za fabryki śmierci ofiarom a nie katom.
I cóż z tego? No właśnie nic. I to stanowi istotę problemu. To wszystko jest nieważne. Wstyd jest wszechogarniający. Chrobry nie jest już dość „dobry” dla nas-mas, polityków, dziennikarzy bo przecież gdybyśmy o nim wspomnieli ktoś mógłby poczuć się urażony za Odrą i za Bugiem. Zamiast tego cieszmy się, ze mamy stand-up gdy Mały i Duży, dawni koalicjanci, kłócącą się o słuszność w niesłusznej sprawie. Gdybyśmy jednak rano obudzili się z kacem moralnym, że jednak można było bezwstydnie cieszyć się z millenium koronacji Chrobrego, zawsze możemy zaśpiewać nasz drugi, nieformalny hymn: „nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”…
Obraz: Jan Matejko,Koronacja Bolesława Chrobrego 1001.