Anty-podsumowanie 2025

Nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo nie chciało mi się pisać tego podsumowania. Rok temu walczyłem sam z sobą nieco mniej, uznałem przecież, że potrzebuję tego pisania, no ale było to chyba, stwierdzenie na wyrost. I bynajmniej nie piszę tego z przekory, ani z potrzeby „kokietowania” kogokolwiek. Ot po prostu, idąc za Nałkowską, „świat poszedł do przodu” a ja zostałem z tyłu. Zabawne, że chyba po prostu nie mam już ochoty „być na bieżąco”. Nie zamykam się na świat, ale powoli staję się na niego indyferentny. Może to faktycznie przychodzi z wiekiem? A może po prostu chcę przerwać tę absurdalną pętlę powtórzeń? Nie jestem pewien.

Coś jednak każe mi napisać te kilka słów tutaj, więc siedzę i piszę. A co z tego wyniknie zobaczymy. Jakieś rozliczenie z ubiegłym rokiem muszę przeprowadzić. A więc przeprowadzam! I przeprowadzę również w kolejnym roku, bo przecież „cóż szkodzi obiecać” …

Nic tak bardzo nie psuło mi krwi w ubiegłym roku jak polska polityka. Działy się w niej rzeczy przedziwne i iście surrealistyczne (choćby wręczenie worka ziemniaków dla pacjenta hospicjum). Wybory prezydenckie pogłębiły podziały między ludźmi. Spory ideologiczne rozpalały wyobraźnię dziennikarzy, publicystów i „ekspertów”. Oni też okazali się największymi przegranymi ubiegłego roku. Nigdy bowiem odklejenie tzw. „elit intelektualnych” (sic!) od problemów zwykłych ludzi i pulsu współczesnego życia nie było tak wyraźnie widoczne jak w ubiegłym roku. Chybione diagnozy, błędne sondaże, „święte oburzenie”. Zmierzch klasycznych mediów i powolne zagospodarowanie tej przestrzeni przez zaangażowany, często emocjonalnie rozedrgany, przekaz płynącego z social media i YouTube. Kres pozornego porządku na rzecz niekontrolowanego strumienia treści. Bez filtra, bez pardonu, bez znieczulenia. Cyfrowa rewolucja dokonująca się na naszych oczach…

Kolejny rok upłynął na remoncie naszego stuletniego domu. I choć zanotowaliśmy tu spore postępy to końca tej „przygody” nie widać. Tak się zastanawiałem, patrząc na tłumy w marketach budowalnych, że może to już styl życia, te remonty? Wszyscy ciągle coś budują, malują, przesadzają. Szczególnie w dni wolne od pracy. Zamiast do Medjugorie pielgrzymujemy do Castoramy, Obi czy Leroya. Niewiele w takim życiu czasu na transcendencję. I o ile doceniam to, że świat wokół mnie pięknieje to jednak satysfakcja z tego nie jest w stanie, przynajmniej, dla mnie, konkurować ze spożywaniem pokarmu dla duszy i umysłu.

W tym roku udało mi się dogadzać sobie w tym zakresie całkiem nieźle. Daleki jestem od ścigania się z kimkolwiek na ilość przeczytanych książek, obejrzanych filmów czy przesłuchanych płyt. Niemożliwe jest też już śledzenie wszystkich nowości, dlatego, o czym zresztą pisałem poprzednim razem, nawet nie próbuję. Czerpię z tego nieprzebranego źródła kultury bez zbędnego nabożeństwa i sięgam po to na co w danej chwili mam ochotę.

Perypetie młodocianego Geralta nie podobały mi się tak bardzo jakbym chciał. Nie jestem jakimś znawcą pisarstwa ASa ale na tyle na ile się w nim orientuję to chyba czytałem jego lepsze rzeczy. Podobał mi się wywiad rzeka z Żuławskim autorstwa Kletowskiego i Mareckiego. Sięgnąłem też w końcu po „Lity bór” a obecnie na stoliku nocnym leży „Był sad”. Pisarstwo reżysera „Diabła” jest specyficzne, ale jest w nim coś co sprawia, że nie mogę się od niego oderwać. Podobnie zresztą działa na mnie Hłasko, którego, wstyd przyznać, wcześniej jakoś nie miałem okazji „poznać bliżej”. Przez autora „Pięknych dwudziestoletnich” sięgnąłem po „Wrzesień” Putramenta, pisarza o wielkiej popularności za komuny, dzisiaj kompletnie zapomnianego. Cieszę się, że w końcu przeczytałem „Księżniczkę Marsa”, fantastykę, która broni się nawet dziś. Poznałem też nieco słów Moorcocka, zmierzyłem się z całkiem niezłą książką Olgi Ptak „Dzień dobry, ja też umieram” oraz w końcu przeczytałem dzieło życia Brama Stokera. Zaskakujące jak dobrze napisany jest „Dracula”. Jak ten tekst jest, w pewnym sensie, współczesny…

Oprócz czytania książek po nocach naoglądałem się sporo filmów, głównie starszych niż nowszych, ale nie wiem, czy widziałem coś co faktycznie zrobiło na mnie takie wrażenie, że chciałbym się tutaj o tym rozpisywać wystarczy, że robię to na Filmwebie.

Muzycznie, rok 2025, jakoś przeleciał mi przez palce. Nie śledziłem za bardzo nowości wydawniczych. Głównie dlatego, że wydaliśmy 23 nowe płyty w Via Nocturna. Oprócz wznowień dwóch płyt Zorormr napisałem też sporo muzyki, która w kolejnych latach będzie trafiać na płyty i kasety. W końcu udało mi się z Dianą zrealizować pomysł nagrania czegoś wspólnie. Udało się to osiągnąć pod szyldem The New Flesh.

Dużo słuchałem Laurie Anderson, to amerykańska artystka awangardowa, która oprócz sztuk wizualnych parała się również muzyką (współpracowała m.in. z Brianem Eno).

Zasłuchiwałem się również w dźwiękach od Ghost Cop, Echoberyl, lovespells i Linea Aspera.

Ze świata metalu to chyba „leśne dziadki” z Coroner i Paradise Lost gościły u mnie w głośnikach najczęściej. To ciekawe, że ludzie w takim wieku grają z pasją i energią, której brakuje niejednemu dwudziestoparolatkowi.

Śmierć Davida Lyncha sprawiła, że sięgnąłem po jego twórczość muzyczną i przez niego poznałem Chrystabell. Tworzyli razem niesamowite rzeczy…

Szwedzka artystka Aux Animaux w duecie z Dancing Plague zrobiła na mnie spore wrażenie.

I choć większą część roku słuchałem darkwave, różnej elektroniki, jazzu to pod koniec roku Ov Sulfur udowodniło mi, że można nagrać coś naprawdę ciężkiego i świeżego.

Jeśli miałbym wskazać moich muzycznych „idoli”, twórców, którzy w pewnym sensie ukształtowali mnie to na pewno Rob Zombie byłby jednym z nich.

I… chyba wystarczy. Jeśli dobrnęliście tutaj to i tak byliście wytrwali. Może kolejny raz spotkamy się „twarzą w twarz”? Póki co starajcie się nie zwariować, bo 2026 zapowiada się równie „interesująco” co 2025.
Do… zobaczenia!

Fabian Filiks
Gdzieś Tam, 11.01.2026

This entry was posted in Blog and tagged , , , , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink.