
Gdy prawie dwa lata temu oglądałem po raz pierwszy film „My dinner with André” w reżyserii Louisa Malle’a byłem zaskoczony jak bardzo aktualna jest rozmowa między Wallacem Shawnem i André Gregorym. Podzieliłem się wtedy z Wami moimi przemyśleniami na temat tego filmu (czyt. tutaj). W świetle upublicznienia części korespondencji i materiałów dot. Jeffrey ’a Epsteina (czyt. DŻEFREJA EPSZTAJNA) przypomniał mi się ten fragment filmu, w którym Gregory mówi o czymś co chyba właśnie ujawniło się na naszych oczach:
“We’re bored. We’re all bored now. But has it ever occurred to you, Wally, that the process that creates this boredom that we see in the world now may very well be a self-perpetuating, unconscious form of brainwashing created by a world totalitarian government based on money? And that all of this is much more dangerous than one thinks. And it’s not just a question of individual survival, Wally, but that somebody who’s bored is asleep? And somebody who’s asleep will not say „no”?” – André Gregory
Jeszcze klika lat temu tego typu „przemyślenia” praktycznie gwarantowały towarzyski ostracyzm i dożywotnią etykietę „szura” czy „foliarza”. Teorie spiskowe, które powstawały w kontekście m.in. niektórych celebrytów (np. Michael Jackson czy Justin Bieber), handlu ludźmi, molestowaniu czy kanibalizmu m.in. w Hollywood kończyły albo załamywały kariery takich ludzi jak Roseanne Barr czy Mel Gibson. Dzisiaj dowiadujemy się, że twórca Microsoftu planował pandemię z Epsteinem (!) i złapał chlamydię od rosyjskich prostytutek na jego wyspie. Na jaw wychodzą rzeczy śmieszne i absolutnie przerażające. Całość zaczyna składać się na obraz światowych „elit”, które bezkarnie mogły dopuszczać się przestępstw i zbrodni. Tworzyć pewnego rodzaju „spisek”, który w jakimś wycinku właśnie ujawnił się na naszych oczach. I co z tego wynika? Przede wszystkim to, że żyjemy w orwellowskim koszmarze.
W powieści „1984” Orwell rysuje obraz dystopijnej przyszłości, w której partyjna nowomowa wymusza na ludziach akceptowanie absurdów. Objawia się to m.in. w takich hasłach jak „wojna to pokój”, „wolność to niewola” czy „ignorancja to siła”. Brzmi znajomo? Nie potrafię oprzeć się przekonaniu, że „dwójmyślenie” jest już z nami. Nasz świat jest opętany przez relatywizm poznawczy, ale również i etyczny. Mamy do czynienia z kryzysem autorytetów (pamiętacie wypowiedzi papieża Franciszka na temat wojny na Ukrainie?) i upadkiem zdrowego rozsądku. Zasady zastępujemy pewnego rodzaju pseudofilozofią „róbta co chceta”, która oczywiście nie daje wolności tylko jej poczucie. Ostatecznie, w takim społeczeństwie, rzekomo wolna jednostka musi się podporządkować „nienormalnym normom” by uniknąć posądzenia o „myślozbrodnie”. Dużo się obecnie mówi o „mowie nienawiści”, bardzo pojemnej kategorii, pod którą ląduje także krytyka władzy (zobacz dokumenty Izby Reprezentantów na temat cenzury internetu w Unii Europejskiej tutaj) i wszelki przejaw niezależnego myślenia. W takim świecie tolerancja na stale łączy się z afirmacją, bo według nowej definicji tolerancji nie można być obojętnym, nie można być „przeciw”. Można tylko być „za”.
Zdrowy rozsądek dawno ustąpił pochwale głupoty i ignorancji. Jesteśmy znudzeni tym wszystkim do tego stopnia, że znajdujemy się w letargu. Tak jak powiedział to cytowany wcześniej André Gregory. W rzeczywistości nasza apatia rozumiana jako ciche przyzwolenie na systematyczne odbieranie nam wolności, wynaturzanie języka poprzez tworzenie pokracznych neologizmów, czy wreszcie konsumpcja ogłupiających treści w telewizji czy na streamingach, doprowadziła nas na skraj przepaści. Myślę, że jeśli się szczerze nie wkurwimy, jak sugeruje nam Sidney Lumet w swoim filmie „Network” z 1976 roku i nie wymusimy na politykach i dziennikarzach, czy wreszcie sami weźmy sprawy we własne ręce będziemy skończeni.
Skąd taka refleksja? Nie widzę w tej opinii przesady. Ogłuszająca cisza jaka nastała wśród polityków, celebrytów i mainstreamowych mediów przy okazji opublikowaniu tych materiałów Epsteina utwierdza mnie w przekonaniu, że już dawno przekroczyliśmy Rubikon ignorancji. Gdy już coś media mówią w tym temacie to mylą tropy, gubią wątek i grają na przeczekanie. Byle tylko wrócić do „business as usual”. Polegają na naszej apatii. Że w te ok. 3 godziny luźne w ciągu dnia, które średnio przypadają na kogoś kto ma pracę, rodzinę i kredyt do spłacenia, będziemy oglądać ich propagandę na Netflixie i nie zadawać niewygodnych pytań. Będziemy przepraszać za pomylone zaimki, wypierać się swojej tożsamości i robić wszystko by nikogo nie urazić. Będziemy potulnie brać na grzbiet kolejne obciążenia fiskalne i z godnością znosić fakt, że oni krzywdzą nasze dzieci. Nie, nie będziemy. Ja nie będę. A Ty?
Może to naiwne, ale szczerze uważam, że matrix w którym żyjemy dostał zadyszki. Że to czego doświadczamy i to przed nami wybudzi pozostałe „bateryjki” ze snu i otworzy im oczy tak jak Ricky Gervais otworzył celebrytom na Złotych Globach w 2020 roku. Zmusi do działania i doprowadzi do osądzenia i skazania winnych tych wszystkich okrutnych zbrodni. Jeśli jednak tak się nie stanie, pozostanie nam już tylko zadać sobie pytanie: po cóż było schodzić z drzewa?
Fot. Kadr z filmu „1984” z 1956 w reż. Michaela Andersona